Biokovo - sv. Jure




Ha! No i jestem! W Chorwacji. Już trzeci raz!
Ale jak już się raz skosztuje chorwackich dobrodziejstw, to nie łatwo sobie darować kolejne odwiedziny.
W kategorii Podróże (po lewej stronie bloga) bez problemu odnajdziecie poprzednie wycieczki, tym bardziej, że są one podsumowane w jednym wpisie. Jeden wyjazd - jeden wpis. Tym razem postanowiłam, rozdzielić zwiedzane atrakcje i dodać dla Was kilka postów, żeby zawrzeć więcej zdjęć i więcej opisów. Bo jest o czym czytać!

To było tak tytułem wstępu, a teraz zapraszam na pierwszy przystanek, czyli szczyt góry sv. Jure.
Cała moja rodzinka nigdy nie należała do wybitnych piechurów górskich i otwarcie się do tego przyznaję. Atrakcja przyciągnęła naszą uwagę ze względu na to, że można na nią.. wyjechać samochodem!
Coś dla leniwych można powiedzieć, choć jak za chwilę się okaże, chwilami wolałabym jednak iść na nogach. Jak ta koza, czy to kozioł, czy co to za urocze zwierzę.



Biokovo to największy i najwyższy masyw górski w Dalmacji. Góra świętego Jerzego - czyli bohaterka dzisiejszego wpisu to drugi co do wysokości szczyt Chorwacji! Ten mały kamyczek liczy sobie 1762 m npm!
Na szczyt prowadzi asfaltowa, niezbyt szeroka i łatwa w obsłudze droga. Droga ta ma 23 km długości i prowadzi przez Park Narodowy Biokovo.
Droga otwarta jest w sezonie od godziny 7 rano. My zaplanowaliśmy zwiedzanie na dzień przyjazdu, ponieważ to spory kawał drogi od miejsca zakwaterowania. Byliśmy pod bramą jeszcze przed ale bez problemu zostaliśmy wpuszczeni.
Z wjazdem na górę wiąże się opłata i to moim zdaniem nie mała, bo aż 50 kun od OSOBY.


Po drodze można zatrzymać się na kilku punktach widokowych, zjeść coś  w restauracji na wysokości ponad 800 m npm, czy też zrobić siusiu w kulturalnej toalecie. Jeszcze wyżej. I wśród koni, kózek i baranków!







Cała trasa to jak się domyślacie jedna wielka serpentyna.
Na takich rodzajach tras często odzywa się moja choroba lokomocyjna, ale tutaj się nie odezwała.. Bo chyba stres ją przezwyciężył.
Rumuńska Trasa Transfogarska, to był przy tym pikuś! Malutki pikolo pikuś!
Droga miała tak ostre zakręty, była tak wąska, że aby wyminąć się z samochodem nadjeżdżającym z przeciwka, trzeba było niejednokrotnie cofać się z górki wśród skalistych zakrętów nawet kilkaset metrów, by znaleźć jaką prowizoryczną zatoczkę do mijanki. Ścisk żołądka nie ustępował.
Ostatnie dwa kilometry to już siedzenie na szpilkach i modlitwy o brak nadjeżdżających samochodów z naprzeciwka.





UF. DOJECHALIŚMY!


Na górze trochę zimno mimo rażącego w oczy słońca. Widoki.. BAJECZNE. Morze, góry, morze...
Moment warty całego stresu i męki w samochodzie. Chociaż tata za kierownicą ponoć miał największą frajdę. Załóżmy, że mu wierzę!

Ten kikut na środku to wieża telewizyjna. Zastanawiałam się jak oni to tam wydarli i postawili, ale czym bardziej się zastanawiałam tym bardziej niedobrze mi się robiło i przestawałam się zastanawiać :D




Na szczycie zobaczymy również kapliczkę św. Jerzego. Odkąd postawiono na szczycie wierzę, kapliczka została przeniesiona ciut niżej.











Widoki z góry zabierają mowę. Na górze nie słychać dosłownie nic, tylko błoga cisza i morze. Z jednej strony morze gór, z drugiej Adriatyk. Widać wyspy, wybrzeże. Ponoć przy odrobinie szczęścia i dobrej widoczności można nawet ujrzeć włoskie szczyty!
My żałowaliśmy jedynie jednego.
Że nie odwiedziliśmy Jerzego 4 lata wcześniej, kiedy mieszkaliśmy dosłownie u stóp tej góry.

4 komentarze :

  1. Jak przepięknie! Mnie muszą jednak zadowolić Tatry. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. czekam na wiecej, wiecej wpisow! <3 I wiecej Vdzi na zdjeciach <3

    OdpowiedzUsuń
  3. super! już nie mogę się doczekać swojego urlopu :)

    _____________
    PorcelainDesire ♥
    

    OdpowiedzUsuń
  4. O jak pięknie!
    Zapraszam do mnie, może wspólna obserwacja? :)

    veronicalucy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń